WP Ważny temat
Partner Ważnego Tematu czytaj ten artykuł
W zabieganym, pełnym kombinatorstwa świecie często chodzimy na skróty. W życiu na wsi nie ma skrótów. Ale kiedy człowiek żyje zgodnie z prawem przyrody, odzyskuje szlachetność. O rzuceniu pracy na etacie i rozpoczęciu nowego, ekscytującego życia mówi Bożena Schabikowska, malarka, designerka i właścicielka winnicy.

Dyplom z malarstwa, studia na wzornictwie - kariera stała przed tobą otworem. A ty to wszystko rzucasz i wyjeżdżasz na wieś, w Lubuskie. Bo lubisz żyć pod prąd?
Dodam tylko, że malarstwo i wzornictwo to nie wszystko. Moje projekty z designu wciąż istnieją i proszą się o wdrożenie. Mam specjalizację z pedagogiki, krytyki sztuki współczesnej, promocji sztuki. Mój edukacyjny wachlarz jest naprawdę bardzo szeroki (śmiech).

Źródło: Archiwum prywatne

Tym mocniej twoje wykształcenie świadczy przeciwko decyzji odcięcia się od cywilizacji.
Studia artystyczne są bardzo wyczerpujące. Nie tylko psychicznie, ale też fizycznie. Malujesz obrazy na 3-4 metry. Sama musisz zbijać blejtramy, nosić po kilkanaście kilogramów, od farb czy desek począwszy, a na glinie, czy kamieniach skończywszy. Nierzadko więc mówi się, że po studiach na ASP przydałby się odpoczynek. Ale człowiek kończąc studia, czuje się też niejako rzucony na głęboką wodę. Rodzice już nie pomagają ci dokonać wyborów, profesorowie już nie wskazują ci dróg, system studencki już nie wymusza na tobie swojego tempa. Tylko że ze mną było jeszcze inaczej. Wcale nie chciałam odpoczywać. Miałam silną potrzebę pracy na etacie. Sztuka karmi się tym, że jest wolna, to artysta określa i decyduje jak i kiedy pracuje. Mnie brakowało tego, co ma proste zasady, określone ramy. Na etacie, wydawało mi się, wszystko jest jasne, oczywiste, wiadomo o co chodzi. Od razu po studiach pracowałam więc w biurze projektowym, pracowni jubilerskiej, składałam precyzyjne przedmioty, a nawet pomagałam ojcu w firmie motoryzacyjnej. Przychodziłam do pracy na dziewiątą, wychodziłam o siedemnastej, miałam czas, aby coś zjeść, wyprać, ogarnąć życiowe sprawki, by na drugi dzień znów być na dziewiątą w pracy i wyjść o siedemnastej. Ufałam takiemu porządkowi świata. Ale szybko poczułam, że coś mnie zaczęło uwierać.

Była jakaś konkretna przyczyna?
Moja wyobraźnia (śmiech). Wyobraziłam sobie siebie za trzy lata. Zobaczyłam wrak człowieka. Ujrzałam swoje życie w klatce i mnie samą, skróconą do kilku powtarzalnych ruchów, paru powtarzalnych wydarzeń w ciągu dnia, tygodnia, miesiąca, roku. Można się udusić. Zadałam sobie pytanie: "To już wszystko?" A gdzie rozwój, gdzie w tym życie? Ludzie zwykle zadają sobie takie pytania, kiedy już przejdą długą drogę w korporacji. Ze mną było odwrotnie. Na etacie pracowałam ledwo pół roku. Wtedy też mój ojciec, który urodził się w Świebodzinie i stamtąd też pochodziła reszta mojej rodziny, u której spędzałam wakacje, kupił ziemię w Lubuskiem, zaczął budować dom. I wtedy zaświtał mi pomysł założenia tam winnicy. Nic nie wiedziałam o winoroślach, nie miałam pojęcia o produkcji win, nie potrafiłam nawet poprawnie trzymać kieliszka. No, ale skoro Lubuskie szczyci się winiarską tradycją, to dlaczego by tego nie kontynuować?

I w ten oto sposób weszłaś na ścieżkę absolutnej pionierki.
To prawda. Po pierwsze – ziemia. Po rabunkowej gospodarce PGR-ów, która sprowadzała się głównie do sypania nawozów i wyciągania płodów, była straszliwie wyjałowiona. Nawet trawa nie chciała na niej rosnąć. Trzeba było najpierw odtworzyć całą jej strukturę biologiczną. Po drugie – nie miałam wiedzy, więc postanowiłam ją zdobyć. Rozpoczęłam współpracę z Polskim Instytutem Winorośli i Wina. W Niemczech przeszłam kurs cięcia winorośli. Wybrałam sadzonki, zasadziłam.

Źródło: Archiwum prywatne

Uff. W końcu można leżeć, a winnica sama rośnie.
Chyba też tak jeszcze wtedy myślałam. Założyłam winnicę, ale przyjeżdżałam do niej tylko raz na jakiś czas. Nie traktowałam tego poważnie. Przyszła wiosna, lato i okazało się, że trzeba ciężko pracować. Dla dziewczyny, która wyobraża sobie, że powinna prowadzić życie towarzyskie, bywać na imprezach, to było coś w rodzaju szoku. Buntowałam się, kiedy się okazało, że to winnica ma ustawiać moje życie. Mój doradca z Polskiego Instytutu Winorośli i Wina powiedział: "Powołałaś byt, żywą istotę. To nie są meble, to rośliny. One żyją, uprawa jest wieloletnia." A ja wciąż czułam się tak mało odpowiedzialna. Nie byłam na to gotowa, nie zdawałam sobie z tego sprawy, bywało, że miałam łzy w oczach i byłam wściekła na siebie. W październiku mój przyjaciel z dzieciństwa obchodził urodziny, bardzo chciałam na nich być, ale przecież nie mogę pojechać, bo zbiory. Pewnie, mogłabym pojechać. I zostawić na pastwę losu winnicę, przy której pracowałam cały rok? Zrozumiałam, co miał na myśli mój doradca, enolog. Nie mogłam już zostawić winnicy.

Kiedy się z tym pogodziłaś? Kiedy w pracy na winnicy odnalazłaś własny rytm?
Wcześniej miałam wielkie problemy z rytmem. Są artyści, którzy codziennie malują, wprowadzają sobie stałe tempo pracy, dyscyplinę. I to jest dobre. Ja tego nie potrafiłam. Ale żyjąc na winnicy, poświęcając jej coraz więcej czasu, nagle coś się wydarzyło. Winnica przypomniała mi o moim dzieciństwie. O tym, że wychowywałam się w ogrodzie, że jestem bardzo związana z przyrodą. Doznałam czegoś na kształt olśnienia. Zdałam sobie sprawę, że przecież nawet mój dyplom na ASP robiłam z papieru czerpanego. Cięłam na kawałki słomę, siano, trawę, mieliłam, nie używałam tradycyjnych farb kupionych w sklepie, tylko korzystałam z przyrody. Przyroda siedziała we mnie. Uświadomiłam sobie, że to jest moja kolebka, stąd pochodzę. To jest coś za czym zawsze tęskniłam. Mieszkając w dużych miastach, po jakimś czasie zaczynałam się źle czuć. Winnica, przyroda wokół okazała się moją prywatną przestrzenią. Owszem, doświadczam tu maksymalnego zmęczenia. Takiego, że nie jestem w stanie unieść ręki albo nogi. Ale żyjąc na roli, takie zmęczenie jest codziennością. Zwłaszcza, kiedy zaczyna się sezon, jak teraz, wiosną. To jest właśnie taki moment orki od rana do nocy. Kiedy przyroda startuje, musisz startować razem z nią, bo jeśli nie zrobisz tego, co powinnaś, to nie ma szans, żeby coś cofnąć.

Teraz się śmiejesz ze swoich buntów? Myślisz, że były bez sensu?
Mam świadomość, że kiedy ktoś wchodzi w taką przestrzeń wprost z miejskiego życia, to tego nie rozumie. Wydaje mu się, że jest pępkiem świata, że może robić to, na co akurat teraz ma ochotę. Przecież to on rządzi wszystkim. Tu rządzi przyroda. A właściwie nie rządzi. Prawda jest taka, że trzeba z nią "wejść w taniec", nauczyć się z nią płynąć i z niej czerpać. Kiedy już weszłam w ten rytm, zrozumiałam, że to jest jedna z najpiękniejszych rzeczy, jaką może odczuwać człowiek. Rolnicy to ludzie zawsze uśmiechnięci, zauważyłaś? Ale też podchodzą do życia z wielką pokorą. Nigdy nie wiadomo, czy jutro nie wydarzy się coś, co spowoduje, że nie będzie zbiorów. Dobrze pamiętam swoje początki na wsi, to, jak się stresowałam. Posadziłam już winorośle. Nadszedł grudzień, a z nim mróz. Denerwowałam się, że jest za zimno, że rośliny pomarzną. Potem przyszło ocieplenie – denerwowałam się, że jest za ciepło, że rośliny się rozhartują i zaczną rosnąć, bo poczują, że to wiosna. W końcu po kilku tygodniach tych skrajnych emocji stwierdziłam, że muszę nabrać dystansu. Będzie, jak będzie. Nie mam na to wpływu. Życie na winnicy oznacza, że z samą sobą trzeba wykonać dużą pracę. Dojść do ładu. Nauczyć się akceptować. Przyjmować to, co przychodzi i nie kombinować. W tym upatruję wolność.

Źródło: Archiwum prywatne

Jak winnica zmieniła twoje życie?
Zawsze byłam silną kobietą, ale moja obecna siła jest nieporównywalna. Papierkiem lakmusowym może być to, że po 10 latach przerwy znów ćwiczę hatha-jogę, którą wcześniej niespecjalnie lubiłam. Ciężko było mi wykonywać ćwiczenia, nie potrafiłam odpowiednio oddychać. Teraz idę na jogę, mam niezłą kondycję fizyczną i nie mam problemu z tym, aby wytrzymać w pozycjach, jakie ćwiczę. Mam silną psychikę i mam wielki spokój w sobie. Rzadko coś wyprowadza mnie z równowagi. Mało mam do czynienia z ludźmi, praktycznie przez większość czasu żyję w ciszy. Obserwuję przyrodę i widzę coraz więcej. Zaczęłam morsować, wiesz, zimą kąpię się w jeziorze. To nie wymaga od człowieka niczego wielkiego prócz podjęcia decyzji. Zmieniły mi się też priorytety.

Czyli?
Bardziej fascynuje mnie przyroda niż cywilizacja, życie w mieście. Kiedy przyjeżdżam do wielkomiejskiej cywilizacji i widzę, że ludzie, niczym chomiki w kołowrotkach, biegają w szalonym pędzie, zastanawiam się, czy znajdują smak życia. Ja swój znalazłam.

Twój smak życia nieodrodnie łączy się ze smakiem wina.
Rozróżnianie smaków wina to nauka na całe życie. Wino to napój, który jest opowieścią. Każdy kieliszek jest opowieścią. Ale zaczęłam też robić szampany. Nie jest to łatwe, ale myślę, że w Polsce szampan będzie przyszłością. Wierzę w to mocno i dopracowuję procedurę.

O czym opowiadają twoje wina i o czym szumi twój szampan?
Moje wina opowiadają o miejscu, w którym żyję. Są z tej ziemi, z tego słońca, wiatru, deszczu. Ale są też opowieścią o tym, jak o nie dbam, jak o nich myślę i w zamian za to oddają mi swój najlepszy smak. Moja winnica to mały areał, więc mogę powiedzieć, że praktycznie znam każdą roślinę i na pewnym poziomie z każdą się komunikuję. Z szampanem jednak sprawa jest inna – tu już w grę wchodzą drożdże. A, jak się przekonałam, to dość niezależne organizmy. Chciałam na sylwestra wypuścić do sprzedaży linię szampanów, ale drożdże uznały, że one tak szybko nie przerobią cukrów, jakie mają do przerobienia, że będą pracować swoim tempem. I musiałam się temu poddać. Szampan to wyższa klasa napojów. Jest bardzo elegancki, można go podawać do prawie wszystkich potraw, przez to jest uniwersalny. No i wspaniale działa na kobiety (śmiech).

Co zyskuje człowiek, kiedy poddaje się prawom przyrody?
Odzyskuje własną szlachetność, byt i człowieczeństwo. I czystość serca. W świecie zagonienia, kombinatorstwa często chodzimy na skróty. Tu nie ma skrótów. Ale za to dużo dostajesz. Podoba mi się życie na winnicy, jej rytm, wszystko co tu robię, a wino jest tego wynikiem i fascynujące jest brać udział w procesie jego powstawania. To jeden z elementów, bardzo ważnych, mojego życia pod lubuskim słońcem. A mam tu dużo słońca i dużo nieba. Dwa dni temu z sekatorem poszłam ciąć winnicę. Słońce zachodziło, wschodził księżyc w pełni, niebo przecinał klucz żurawi, objawiając swoją obecność głośnym klangorem. Spod nóg wydobywał się upojny zapach wilgotnej ziemi. Cały świat stał się pomarańczowy. Nastała golden hour, czyli złota godzina dla fotografowania. Pomyślałam: "Kto pracuje w piękniejszym miejscu?" A że czasem plecy bolą? Taki jest mój znój.