WP Ważny temat
Partner Ważnego Tematu czytaj ten artykuł
Roman Opałka przez całe życie malował cyferki, bo taką miał koncepcję i się jej trzymał. Pablo Picasso co jakiś czas diametralnie zmieniał styl, nie bał się tego i robił kompletnie różne rzeczy, i ja to szanuję, bo uważam, że zmiana, nie zamykanie się w koncepcjach, jest cechą rozwoju – artystka Urszula Sobiecka o wolności w sztuce, jej granicach, kreatywności i wychodzeniu poza ramy rozmawia z Marią Szpakowską.

Co jest warunkiem koniecznym do tego, aby tworzyć?
Wrażliwość, która pomaga dostrzegać i bez osłonek widzieć różne rzeczy, ale też silna potrzeba wyrażania siebie.

A co z wolnością artystyczną?
Co z nią? Dzieje się coś złego? (śmiech). Wolność zawiera się właśnie w potrzebie wyrażania siebie. Zresztą, to bardzo szerokie pojęcie, które mieści też w sobie pojęcie prawdy. Pytasz o coś, co dla artysty nie jest ani proste, ani łatwe.

Źródło: Materiały prasowe

Pytam też o reguły, bo jakieś reguły są w każdej twórczości. W pisaniu również - nie biorę przypadkowych słów i nie układam z nich opowieści, bo byłaby bez sensu. Liczy się przekaz.
Nigdy nie lubiłam reguł. Miałam różne fazy w malowaniu, robiłam różne rzeczy i to jest coś, co właśnie daje mi wolność. Roman Opałka przez całe życie malował cyferki, bo taką miał koncepcję i się jej trzymał. Pablo Picasso co jakiś czas diametralnie zmieniał styl, nie bał się tego i robił kompletnie różne rzeczy i ja to szanuję, bo uważam, że zmiana, otwarcie się na zmianę, nie zamykanie się w koncepcjach, jest cechą rozwoju.

Jakie były Twoje artystyczne początki? Czy jest taki moment w życiu artysty, kiedy w świadomy sposób zdaje sobie sprawę ze swojego talentu? Od dziecka malowałaś i nagle uświadomiłaś sobie, że to ci wychodzi, albo rodzice z zachwytem mówili: „Nasza Ula tak pięknie maluje” i już wiedziałaś, jak potoczy się Twoje życie?
Rzeczywiście od dziecka lubiłam rysować, ale tu cię zaskoczę: nie znajdowałam aprobaty w otoczeniu.

Bo malowałaś maszkarony?
Być może. W każdym razie nie miałam żadnego, jakbyśmy to dziś powiedzieli, feedbacku, że coś z tym moim talentem jest na rzeczy. I tak się to ciągnęło od szkoły podstawowej, przez liceum. Marzyłam o akademii, ale myśl, że mogłabym tam studiować wydawała mi się tak nierealna, że aż absurdalna. Za to ciągnęło mnie do środowiska ludzi, oględnie mówiąc, poszukujących. Stałam się tak poszukująca, że w pewnym momencie nie wiedziałam już, kim jestem, co jest moje, a co nie. Trwało to kilka lat. W tym też czasie skończyłam policealną szkołę plastyczną; to wciąż było mi bliskie, ale ze specjalizacją: reklama, bo to przecież coś praktycznego, bliższego życiu. A że w życiu trzeba pracować, zostałam animatorką i zaczęłam pracować przy filmach animowanych dla dzieci.

Źródło: Materiały prasowe

W tym czasie miałaś okazję i potrzebę wyrażania się przez sztukę? Czułaś, że masz coś do powiedzenia, że chcesz pokazać światu swoje obrazy?
Ta potrzeba wciąż była we mnie i nadal jest. To uczucie, że coś się w środku zbiera i muszę pozwolić temu czemuś się wydostać. I to na różne sposoby. Gdy byłam nastolatką i pytano mnie, co chciałabym robić, odpowiadałam zwykle: „Nie wiem dokładnie co, ale chciałabym coś robić rękami. Może dzbanki lepić”. Śmiano się wtedy ze mnie do rozpuku, traktując te słowa jak dobry żart, ale ja naprawdę chciałam robić coś manualnie. Wspomniałam już, że w pewnym momencie zaczęłam marzyć o akademii, myślałam, żeby zostać malarką, ale uświadomiłam sobie, że przecież ja nie mam nic do powiedzenia! Co miałabym malować?

Ze mną było podobnie. Jako dziewczynka myślałam, że bardzo chciałabym pisać, ale pisarze to mądrzy ludzie, więc najpierw muszę zmądrzeć (śmiech). A przecież i tak wciąż coś pisałam, odkąd nauczyłam się pisać.
No, to mnie rozumiesz (śmiech). Mnie ogromną radość sprawiało to wszystko, co mogłam zrobić rękami. A robiłam mnóstwo, łącznie z szyciem, i ciągle miałam jakieś pomysły. Tylko że reakcją na moje pomysły były zwykle słowa: „Nie, to ci się nie uda”. Mój zapał opadał, mój entuzjazm zwijał się jak suchy listek. Skoro nie miałam nic do powiedzenia jako malarka, uznałam, że pójdę na archeologię. Też będę blisko sztuki i będę sobie mogła dotykać dzbanki (śmiech). Nie dostałam się.

Na szczęście.
Pomyślałam, że jeśli już pracuję przy animacjach, dużo rysuję, to dam sobie szansę i spróbuję zdawać na ASP. Dostałam się za pierwszym razem.

Co znaczyły dla Ciebie te chwile, kiedy na dobre zaczęłaś oddawać się malarstwu?
Poczułam, jakbym wróciła do domu. Do mojego prawdziwego ja. To było dla mnie z jednej strony wstrząsające odkrycie, a z drugiej strony czułam się absolutnie szczęśliwa. Do tej pory tak mam, że kiedy zaczynam malować, nie mam koncepcji tego, jak ten obraz będzie wyglądać, kiedy już go ukończę. Za to jest we mnie ciekawość, jaki będzie na koniec. Malując bawię się, ale też mam silne poczucie „podłączenia” do czegoś, do jakiegoś silnego strumienia. To też taki moment, który można porównać z utratą świadomości samej siebie. Jakbym się od samej siebie odklejała.

Źródło: Materiały prasowe

A sam moment kreacji? Kiedy on się zaczyna?
Kiedy coś mnie porusza. Kiedy jest to na tyle silne, że automatycznie rozpoczyna się wewnętrzna praca przeformowania tego przez siebie.

Co Cię porusza?
Życie. Wszystkie jego przejawy. Nawet kiedy maluję martwą naturę, po to, żeby się „rozbujać”, kiedy kolorem pokrywam proste kwiatki, to i tak to nie jest historia o kwiatkach, ale o stanie mojego umysłu w danej chwili.

Artyści często mówiąc o swoich pracach, używają wyrażenia: „wywalanie bebechów”.
Tak właśnie bywa. Kiedy dziś oglądam swoje obrazy, jakie malowałam przed ukończeniem 30 lat, to szczerze mówiąc nie mogę na nie patrzeć. To było bezwzględne wywalanie bebechów. Teraz już tak nie maluję. Odmieniło mi się. Oczywiście, nadal wszystko idzie ze środka, z samych trzewi, z serca, ale dziś mam poczucie, że to, co robię, jest inspirujące, że dzielę się pięknem, a nie swoimi jazdami. Sama nie lubię oglądać cudzych jazd, bo czuję, że mnie to ściąga w dół. A ja nie potrzebuję tego, żeby sztuka ciągnęła mnie w dół. Potrzebuję, żeby mnie unosiła.

Nie miałaś dylematów między tworzeniem tak, jak Ty chcesz, a tym, że czasem musisz iść na kompromis?
Bycie malarką to strasznie fajna sprawa, ale jak się jest długo tylko samym ze sobą, bo to jest sztuka introwertyczna, to człowiek czuje, że izolacja nie jest czymś dobrym. Czułam, że potrzebuję kontaktu z ludźmi, bo istnieje niebezpieczeństwo, że zupełnie odjadę.

Chodzi mi też o to, jak to swoje artystyczne widzenie świata zmieścić w praktycznym życiu, w opresyjnej nierzadko rzeczywistości? Czy trzeba wtedy rezygnować z siebie?
Ależ rezygnowałam. Strasznie denerwowało mnie sprzedawanie moich obrazów. Wkurzali mnie ci, którzy przychodzili je kupować i zadawali pytania, dlaczego ten mały obrazek kosztuje 700 złotych, a ten większy tylko 400? Wykańczało mnie to, rozbijało. Byłam arogancka i miałam ochotę wyrzucić ich za drzwi. Na akademii nie uczono, jak sprzedawać swoje prace, jak się w tym wszystkim odnaleźć. Postanowiłam znaleźć sobie normalną pracę, nie uśmiechało mi się być malarzem, który żyje pod mostem i realizuje się przez sztukę. Nie chciałam takiego życia. Chciałam mieć dom, chciałam założyć rodzinę. Skończyłam studia, pracowałam jako stylistka, organizowałam warsztaty sztuki dla dzieci, projektowałam też biżuterię, którą kupowały twarde kobiety biznesu. Raz rozmawiałam z jedną z prezesek banku, która kupiła mój naszyjnik. Opowiadała, że kobiety w Berlinie, czy innym europejskim mieście zatrzymywały ją na ulicy i pytały, gdzie to kupiła. A spotkała się ze mną dlatego, że w końcu ktoś jej ten naszyjnik ukradł. Chcę przez to powiedzieć, że ja nigdy nie wypadłam z tej sfery. Sztuka zawsze była wokół mnie, wciąż poruszałam się w tym obszarze.

Jak dziś sztuka determinuje Twoje decyzje i Twoje wybory? I w czym zawiera się wolność?
Dziś, kiedy już mam to, co chciałam, to nie chcę kompromisów. Potrafię oddzielić pracę zarobkową od uprawiania sztuki. Malowanie jest obok i tylko ja o nim decyduję. I nic nie stoi na przeszkodzie, abym założyła własną galerię. Nie będę musiała z nikim się układać, negocjować, tłumaczyć, wybierać. Oczywiście znam takich artystów, którzy nigdy nie szli na żadne kompromisy i dziś nie mają z czego żyć. Mnie zależało na zachowaniu równowagi między sztuką a życiem. Dziś też zniknął ten problem, że nie mam nic do powiedzenia. Czuję, że mam się czym dzielić i więcej nawet – czuję, że muszę to robić. Odkryłam coś jeszcze – że kiedy jestem w zgodzie sama ze sobą, kiedy sama ze sobą nie idę na żaden kompromis, nie oszukuję się, to ta potrzeba malowania jest czymś cudownie otwartym. Kiedy coś w sobie upycham, coś tłamszę, to jednocześnie tłamsi się we mnie potrzeba wyrażania się. Znam artystki, które zanim zabiorą się do pracy, muszą mieć czystą przestrzeń – wysprzątane mieszkanie, wymytą pracownię. Ja nie jestem w stanie pracować twórczo, kiedy jestem daleko od siebie. Ale kiedy mnie nachodzi potrzeba malowania, po prostu maluję.

I wtedy przekraczasz siebie, wychodzisz poza ramy?
Najlepsze rzeczy wychodzą mi, kiedy zapominam o sobie. Kiedy daję się ponieść temu, co do mnie przychodzi. Nie kombinuję.

Z wiekiem, z dojrzałością, Twoja artystyczna droga staje się coraz bardziej określona, coraz jaśniej ją widzisz?
Wiesz, nigdy wcześniej nie śmiałam mówić o sobie, że jestem artystką. A teraz jest tak, że…

… że wszyscy Ci to mówią?
Tak właśnie jest! Słyszę: „Wiedziałam, że jesteś artystką. Od razu to rozpoznałam!” No, to w końcu to zaakceptowałam (śmiech). Ludzie mają różne koncepcje na temat tego, kto jest artystą. Dla jednych artystą jest ten, kto skończył akademię. Dla innych ten, kto ma wystawę dwa-trzy razy do roku. A ja teraz myślę sobie, że chrzanię te koncepcje. Po prostu czuję się artystką. Maluję, pracuję, robię warsztaty, to wszystko związane jest ze sztuką, ale sztuka przejawia się również w sprawach zupełnie praktycznych, jak kupno sprzętów, czy czegoś do domu. Nie kupię nic, co mi się nie podoba, choć mam wrażenie, że kupuję rzeczy zupełnie normalne. Tylko, że kiedy mnie ktoś odwiedza w domu, mówi: „O, od razu widać, że tu artystka mieszka”. A ja nie wiem, po czym to widać (śmiech).

Źródło: Materiały prasowe

Umiałabyś określić, jaka część Ciebie najsilniej przebija z Twoich prac? Twoja wyobraźnia, Twoja myśl, Twoje poczucie humoru?
Powiedziałabym raczej, że moje prace mają związek z moim sercem. Z moimi uczuciami, emocjami. Z przeżytymi chwilami, które chcę zatrzymać, mając świadomość, jak są nietrwałe, delikatne, kruche.

Zastanawiałaś się, dla kogo malujesz?
Dla nikogo konkretnego. Nie wyobrażam sobie, kto to będzie oglądał. Ale kiedy mówią: „O, jak mi się to podoba!” i dostrzegają coś, o czym ja sama nie miałam pojęcia, że to namalowałam, albo to, jak dużo na tym obrazku zostawiłam informacji o samej sobie, to najpiękniejsza chwila, jaka może zdarzyć się artyście. Dziś, malując, mam ogromne poczucie wolności w tym sensie, że nie interesuje mnie, co powiedzą ci, którzy będą to oglądać. Nie muszę się wszystkim podobać, a moje prace nie muszą się mieścić w jakichś ramach. Są zgodne ze mną, a ja jestem ze sobą pogodzona. A im większy mam kontakt ze sobą, im bardziej jestem szczera wobec siebie, tym więcej mam wolności.